Nie był salonowcem. Pozwalał, by jego wielbiciele krzyczeli za nim na ulicy: „Jasiu śpiewaj!”, a wtedy ów „chłopiec z Sosnowca” jak sam mawiał o sobie urodzony w tym śląskim mieście Kiepura, śpiewał swoje najmodniejsze przeboje, m.in. „Brunetki, blondynki”, „Ninon” czy „Signorinę”. Był wyśmienitym polskim tenorem, którego nawet kąśliwi krytycy nazywali po prostu „Fenomenem”, „Krezusem głosowym,” „Drugim Carusem”. Gorąco oczekiwały go największe teatry operowe świata w tym Opera Wiedeńska, mediolańska La Scala, Metropolitan Opera w Nowym Jorku, Opera Paryska, Opera Berlińska, Opera w Monachium, Teatro Colon w Buenos Aires, Opera w Rio de Janeiro, Teatr Wielki w Warszawie. Od 1930 r. walczyli o niego producenci filmowi z Londynu, Berlina, Wiednia, Paryża i amerykańskiego Hollywoodu. Jego wspaniały głos zabrzmiał w takich filmach jak np. „Pieśń nocy”, „Kocham wszystkie kobiety”, „Czar cyganerii”.
Ten wielki, wielbiony na całym świecie artysta, kiedy tylko miał okazję, podkreślał, że jest Polakiem i czuje się patriotą. I nie było to deklaracja bez pokrycia, bo Kiepura dawał wiele koncertów, z których dochód przeznaczał a to na budowę gmachu Muzeum Narodowego w Krakowie, a to Pomoc Zimową czy Pomoc Powodzianom, charytatywnie uczestniczył w zbiórce pieniędzy na Fundusz Obrony Narodowej przed wybuchem II wojny światowej.
Do Juraty przyjeżdżał odpocząć. Posłuchać z bliskimi morza, napatrzeć się na niezapomniane zachody słońca, nieświadomie przyłożyć się do budowania renomy hotelu „Lido” i jak w innych miejscach w Polsce po prostu cieszyć się szacunkiem i admiracją.
