Wakacyjny poradnik przetrwania. Czyli moje boje z przewidywaniem pogody.

       

        Siedzę na plaży. Skwar lejącego się z nieba żaru potęguje, przezornie założony sweter i sztormiak. W końcu miało padać  Część plażowiczów dyskretnie się przygląda, pozostali już otwarcie wskazują na mnie palcami. 
    Deszcz, zimno i wietrznie – głosi ekran mojego smartfona z zainstalowaną aplikacją do przewidywania pogody. Tajemnicze, zapewne tworzone w wojskowych laboratoriach algorytmy, usilnie starają się przeczyć rzeczywistości. Przekonując mnie, że dziś nie dam rady się opalić, a pływanie w morzu stanowi idealne preludium do popełnienia samobójstwa. 
    Mediom nie ufam z założenia, zwłaszcza w kwestiach przyszłej aury. Oglądanie „pogody” po wiadomościach, biorąc pod uwagę sprawdzalność prognoz, zarzuciłem lata temu, jednak nadal szukam praktycznej alternatywy. 
    Programy na telefon, portale internetowe, przewidywania agencji meteorologicznych mają to do siebie, że w stosunku do mojej osoby często się nie sprawdzają. Cóż począć. Nie był bym jednak sobą, gdybym po prostu się poddał. Co to, to nie. Wola walki, moi mili i nieustanna chęć udowodnienia, że kto jak kto, ale ja z pewnością „dam radę”, nie pozwalają mi się poddać. Nieustępliwie poszukuję rozwiązań. Nie zmienia to faktu, że dziś wracam na tarczy. W dodatku spocony, ze swetrem i sztormiakiem pod pachą. Jutro jednak znów wrócę na plażę, oczywiście nie tutaj. W końcu statut dziwaka, który z pewnością po dzisiejszym dniu nada mi lokalna społeczność plażowiczów, nie jest tym o czym mężczyzna marzy od dziecka. 
    Góry. Tam byłoby prościej. Stare, sprawdzone empirycznie metody w końcu nigdy nie zawodzą. Pierwszy lepszy napotkany góral, zapytany o pogodę od razu, rzeczowo rozwiał by wszelkie meteorologiczne dywagacje. 
    „Albo będzie piknie, albo będzie dysc” - i już wiadomo. Nawet jeżeli nie wszystko to przynajmniej ilość ewentualności zostaje sprowadzona do wygodnego minimum. Jednak gdzie ja tu znajdę odpowiedniego górala? Wszyscy wkoło trzymają się tradycyjnego plażowego dres kodu, w postaci kąpielówek, klapek i skarpetek, więc rozpoznanie rdzennego mieszkańca Podhala graniczy z cudem. Pozostaje skorzystać z innych, nieco bardziej ekstremalnych metod i zamiast przewidywać pogodę, po prostu na nią wpłynąć. Tylko jak? Indiański taniec deszczu. Szybkie przeszukanie zasobów internetu i już na podorędziu czeka kilka „sprawdzonych i stuprocentowo sprawnych sposobów wywoływania opadów certyfikowanych przez wodza plemienia Siuxów z północnej Dakoty”. Wiem, wiem najczęściej pragniemy słońca zamiast ulewy, ale od czego mam analityczny umysł matematyka. Dwa minusy dają plus, więc idąc tym tokiem myślenia, deszcz i deszcz powinny owocować czystym niebem ozdobionym złotą kulą słońca. 
    Kończę tańczyć. Efektów brak. Choć nie tak do końca. Plażowicze znowu spoglądają na mnie z politowaniem i kolejna plaża, na której długo się nie pokaże, zostaje dopisana do listy wstydu. Jak tak dalej pójdzie to polską linię brzegową będę odwiedzał w przebraniu lub tylko nocą. 
    Szukałem sposobów na zachodzie, teraz czas zerknąć w kierunku wschodu. Mateczka Rosja. Podobno tam, nieprześcignieni rosyjscy naukowcy czynią cuda. Również w kwestiach aury. W końcu jak inaczej mogli by zagwarantować odpowiednie nasłonecznienie podczas hucznie obchodzonych rocznic zakończenia II Wojny Światowej. Chemiczna interwencja. Zapamiętać, sprawdzić w internecie, wprowadzić w życie. Mój umysł, gdy znajdzie się na tropie rozwiązania, pędzi za nim jak gończy hart. Cóż począć? Tak już mam. 
    Jako alternatywę dla rosyjskiej myśli technicznej pozostawię sobie jeszcze amerykański system wpływania na jonosferę HAARP. Ewentualny zakup może jednak przekraczać mój wakacyjny budżet i tak już nadszarpnięty, nabytymi niedawno piwem, flądrą i lodem typu „Kaktus”. 
    Z moich przemyśleń wyrywa mnie cisza i spokój. Tak! Cisza i spokój, zjawiska nienaturalne i wyjątkowo rzadkie na plaży w sezonie. Żywego ducha. Wszyscy już poszli. Nic dziwnego w końcu już późny wieczór. Cały dzień zmarnowany na przemyśleniach. Nie ma co. Jutro dla odmiany biorę kąpielówki i po prostu jak inni będę korzystał z kolejnego słonecznego dnia nad polskim morzem. Dobranoc.     
    

Podziel się
Udostępnij znajomym
Udostępnij