Legenda o nawróconym wikingu z Gdańska

Gdyby tak wczytać się w mitologię słowiańską i porównać je z opowieściami o nordyckich bogach, okazałoby się że mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Trudno się temu dziwić, w końcu ludy z północnej i środkowo-wschodniej Europy całe wieki stykały się ze sobą i czerpały od siebie nawzajem. Czy to przy okazji wspólnego handlu, czy też w wyniku wojen toczonych między Słowianami i Normanami (wikingami). W takich właśnie wczesnośredniowiecznych realiach osadzona jest gdańska legenda.

Dawno, dawno temu - tak dawno, kiedy Gdańsk nie był jeszcze pięknym i bogatym miastem, a dopiero niewielką, acz prężnie rozwijającą się wioską - do grodu zbudowanego u ujścia Wisły przybył pewien misjonarz, pragnący nawrócić miejscowych Pomorzan na chrześcijańską wiarę. Ci jednak nieufnie podchodzili do nieznajomego mnicha i po kilku dniach wypędzili zakonnika, który ośmielał się bluźnić przeciw Juracie, Perunowi, Światowidowi, Strzybogowi i innym bogom, którym wtedy oddawali cześć Słowianie.

Wypędzony mnich miał już swoje lata, dlatego po wygnaniu z Gdańska nie wrócił do swojego klasztoru, tylko udał się na odludne wydmy na wschodzie i tam zbudował sobie niewielką pustelnię. Duchowny zajmował się modlitwą, kontemplacją dzieła bożego i obserwowaniem z bezpiecznej odległości od osady, jak żyją rdzenni mieszkańcy Kaszub. Któregoś dnia mnich-pustelnik był świadkiem, jak Gdańsk zaatakowali wikingowie. Staruszek nie czekał na wynik potyczki, tylko obrócił się na pięcie i czym prędzej wrócił do swojej chaty.

O świcie misjonarz otworzył drzwi swojej pustelni, a na plaży spostrzegł rannego, młodego chłopaka. Mnich od razu poznał, że ma przed sobą jednego z wikingów, którego morskie fale wyrzuciły na brzeg. Jako że był miłosiernym człowiekiem, zabrał go do siebie i otoczył troskliwą opieką. Nie tylko pomógł młodzieńcowi wyleczyć rany i odzyskać siły, ale też nauczył miejscowej mowy - żeby nikt nie zorientował się, że rozmawia z niedawnym oprawcą - i przekazał chrześcijańskie nauki. Jako że wikingowie nie kwapili się, żeby wrócić po swojego towarzysza, młody wojownik przystał na propozycje mnicha i przyjął wiarę w Boga.

Kiedy starszy zakonnik zmarł, młodzieniec postanowił kontynuować jego dzieło nawrócenia. Głoszenie Słowa Bożego przez chłopaka, tak jak jego mentorowi, nie przynosiło zamierzonych efektów w postaci nowych duszyczek dla Kościoła. Jednak przynajmniej na tyle zjednał sobie gdańszczan i mieszkańców innych kaszubskich wiosek, że mógł do nich przyjeżdżać bez obaw o swoje życie. Po jakimś czasie ta syzyfowa praca zmęczyła wikinga, który zaczął spędzać coraz mniej czasu na nauczaniu, a coraz więcej poświęcał na obserwowanie morza. Szczególnym zainteresowaniem wikinga cieszyły się przypływy i odpływy. Wtedy ludzie nie znali jeszcze pełnej natury tego zjawiska i wiele statków rozbijało się o skały bądź osiadało na plażach, gdyż żeglarze nie potrafili dokładnie przewidzieć kiedy wody będzie więcej, a kiedy mniej. Młody mnich postanowił choć trochę im ulżyć poprzez rozpalanie każdego wieczoru wielkiego ogniska, które dawało załogom łodzi znak że zbliżają się do brzegu.

Którejś nocy z tej latarni morskiej skorzystała kolejna wyprawa wikingów. Nie przybili jednak w sąsiedztwie Gdańska, jak się spodziewali, tylko przy samotnej chacie na dzikim odludziu. Rozgniewani wojownicy wtargnęli do pustelni i bardzo się zdumieli, kiedy zauważyli że mieszka tutaj ich dawno zaginiony kompan. Kiedy jednak wikingowie dowiedzieli się, że młodzieniec przyjął chrzest, wszystkie sentymenty (i ewentualne wyrzuty sumienia) przeszły im jak ręką odjął. Siłą zaciągnęli go na swoją łódź i zażądali, aby pokazał im drogę do Gdańska. Mnich nie ugiął się ani przed bólem, ani przed groźbą śmierci. Wręcz przeciwnie, zapowiedział wikingom że jeśli go zabiją, dosięgnie ich sroga kara Gniewu Bożego. Dowódca wyprawy roześmiał się tylko i wbił miecz w serce chłopaka aż po rękojeść.

W tym samym momencie, kiedy chłopak wydał ostatnie tchnienie, na Bałtyku rozpętał się gwałtowny sztorm. Modlitwy do Njorda i Aegira pozostawały bez odpowiedzi, zdesperowani wikingowie wyrzucili więc ciało zabitego młodzieńca za burtę licząc, że w ten sposób uspokoją niezwykłą burzę. Stało się dokładnie odwrotnie: wiatr zawył straszliwie, fale kilkukrotnie zalały statek zmywając ludzi z pokładu do morza, aż w końcu zabrały wszystko i wszystkich na samo dno. Następnego ranka okazało się, że Bałtyk wyrzucił na brzeg tylko jedno ciało. Gdańszczanie ze zdumieniem odkryli młodego misjonarza na plaży niedaleko wioski - leżącego wyprostowanego, z otwartymi ramionami i twarzą zwróconą ku niebu. A najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że wokół głowy męczennika leżało całe mnóstwo bursztynów, tworzących piękną aureolę.

I jakby tego było mało, od tamtego dnia morze stało się zadziwiająco spokojne. Jak mówi legenda, złagodzenie przypływów i odpływów to efekt klątwy, którą Bóg rzucił na wikingów by utrudnić im kolejne łupieżcze wyprawy.

Podziel się
Udostępnij znajomym
Udostępnij